Ostatni odcinek House’a okiem Malkolmtenta
Mierny.
Bo jak inaczej się wyrazić? Bezjajeczna historia, będąca idealnym podsumowaniem równie bezjajecznego sezonu szóstego (poza odcinkiem pilotażowym oraz odcinkiem siódmym).
W odcinku miała miejsce jakaś katastrofa budowlana, i – po to aby żeby nadać mu jakiegoś patetyzmu charakter tej tragedii w sposób dla mnie oczywisty nawiązywał do 11 września. Drugim eksternistycznym wydarzeniem miało być działanie lekarzy z Princeton w terenie. No i to może było jakieś.. ciekawe. Ale i tak – w wypadku tego serialu, niegdyś wielbionego przeze mnie niezmiernie, wszystkie pomysły są już oklepane, wyklepane, przypominają motyw w machaniem parówką w bramie garażowej. Uff. To teraz byłem sarkastyczny.
Sztampowa, żałosna w swej kulminacji historia, o wielkiego-niespełnionego uczucia House’a jakim darzył on Lise Cuddy. Kompletnie pozbawione suspensu ostatnie kilka minut odcinka.Cuddy, zaprzeczając całej sobie jak i własnej postawie, którą manifestowała przez 22 odcinki szóstego sezonu nagle mówi Gregoremu, że go kocha. Ok, ale czy House jest n a tyle głupi by to kupić? Nawiąże do jego kwestii z chwili w której miał już łykać Vicodin.
„W obecnej chwili trudno dostrzec złe strony” – jak i trudno racjonalnie podejść do sprawy.
Przecież nie do tego przywykliśmy?
Średnio przypominam sobie zakończenie innych sezonów, poza oczywiście piątym (o ile mnie pamięć nie myli czwarty też był w tym względzie bardzo dobry). Ale czuje się, że sceny kończące poprzednie dwie serię mroziły krew w żyłach i płyn owodniowy w mózgu (a nie raczej jakiś inny? owodniowy to chyba embriony.. a tam nie byłem embrionem to nie wiem, ja z fabryki).
Odcinek słaby, kto się nie zgodzi – ten się nie zna i potajemnie ogląda komedie romantyczne. Sezon miewał gorsze i słabsze chwile ale i tak słaby.
W oczekiwaniu na sezon siódmy? – nie, mam już dość tej telenoweli, poza tym nie sądzę, żebym był w stanie i „miał do tego głowę.”
Ave.